środa, 23 listopada 2011

Podatek Belki uszczelniamy...

...i według mnie dobrze!

We wtorek rząd przyjął ustawę okołobudżetową. Okołobudżetowa to dobre określenie - robi miejsce wokół budżetu Państwa. Trochę jak w trakcie remontu - od czasu do czasu warto trochę pozamiatać, bo można znaleźć zgubione śrubki, nakrętki czy nawet narzędzia :). Ustawa przede wszystkim zamraża płace w budżetówce utrzymując je na poziomie z roku 2011. Dodatkowo wprowadzone zostają podwyżki w akcyzie na paliwa i wyroby tytoniowe. To, co może zaboleć wszystkich oszczędzających to zmiany w ordynacji podatkowej. Rząd planuje zmianę zapisów dotyczących opodatkowania zysków od lokat bankowych, tzw. Podatku Belki, przez zmianę metody jego naliczania. Od teraz (tzn. 2012 roku) ma on być naliczany do pełnych groszy w górę.

Większość moich znajomych jest zdenerwowana. To co czytam na forach i w internecie, też nie pozostawia suchej nitki na postanowionych zmianach. Niektórzy zastanawiają się nawet, czy nie zostaną wycofane z oferty banków lokaty jednodniowe. Czemu? Bo według niektórych nieopłacalne jest - po uszczelnieniu podatku belki - zakładanie takiej lokaty. A ja uważam, że wręcz przeciwnie! Lokata jednodniowa ma zasadniczą zaletę - procent składany. 


Na szybko zestawiłem sobie porównanie zysków dla obydwóch lokat na przykładowo oszczędzanym 1000zł "na czarną godzinę". Założenia do obliczeń były następujące:


  1. Zysk z lokaty z kapitalizacją standardową wyliczyłem przy zastosowaniu dzielnika 365 i następnie przemnożeniu przez liczbę dni (bądź miesięcy). Każdy miesiąc ma 30dni, mnożna z wydzielenia przez 365 wynosić może maksymalnie 360.
    Bierze się to z tego, że lokaty standardowe mają wypłatę odsetek na koniec okresu oszczędnościowego.
  2. Lokata z kapitalizacją dzienną ma naliczane odsetki na koniec każdego dnia. Jest łącznie 365 dni składkowych w roku.
    Zysk wyliczany jest z dzielnikiem 365, jednak w porównaniu do lokaty standardowej rzeczywiście naliczane są odsetki za pełne 365 dni. 
  3. Zakładany okres oszczędzania to 3lata, oprocentowanie stałe wynosi 5% w skali roku. 
Wyniki nie pozostawiają złudzeń, ale wnioski wyciągnę na koniec. Poniżej przedstawiam zestawienie opłacalności lokaty z kapitalizacją na koniec okresu z kapitalizacją dzienną. 

Niby różnicy nie ma, bo odsetki wychodzą za jeden dzień dokładnie tyle samo. Jednak jak zobaczymy na rozliczenie miesięczne okazuje się, że jednak drobne odejścia od standardowego naliczania odsetek występują. Ale tak dobrze widać to dopiero na rozliczeniu rocznym - dzienna kapitalizacja 1000zł kapitału daje nam 1,27zł więcej  niż lokata standardowa. 

Może wydać się Wam to mało, ale pamiętajcie że jest to wyliczenie dla bardzo małej kwoty - o właśnie tyle rośnie nasz kapitał dla każdego zainwestowanego "tysiaka". To ważne, bo procent składany potrafi w bardzo prosty i bezpieczny sposób przyczynić się do zgromadzenia szczególnie dużych środków, np. na emeryturę. 

Zobaczcie, w jaki sposób na przeciągu 30 lat rosną roczne odsetki - z kwoty nieco ponad 51zł w pierwszym roku do kwoty 209zł w trzydziestym roku oszczędzania. A podatek? Oszczędzając na Indywidualnym Koncie Emerytalnym można uniknąć płacenia podatku Belki! Być może uszczelnienie systemu przestanie wprowadzać ludzi w błąd, gdy widzą magiczne 7,5% albo 8% w skali roku? 

Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Jesteśmy - my wszyscy - w trudnej sytuacji, dlatego każdy z nas powinien dołożyć się do wspólnego "miecha". 

Pozdrawiam,
M.

sobota, 19 listopada 2011

Moje Shawshank...

"Czas spędzony w tak niesprzyjających warunkach wyraźnie wskazywał, że powinien odejść. Jego oczy były zamglone, nim pożegnał się z tym światem walczył jeszcze chwilę o choćby jeden, ostatni oddech. Miotał się, by wypełnić swoje najważniejsze zadanie w życiu: przetrwać"

Mam w sobie coraz mniej siły i motywacji do zmiany czegokolwiek. Gdyby nie to, że od czasu do czasu udaje mi się oderwać od tej rzeczywistości i przypomnieć sobie, że jest jeszcze świat poza murami mojego Shawshank, już dawno bym umarł. Trzy lata temu dostałem ofertę pracy w administracji państwowej. W ogólnej atmosferze niebywałego splendoru i poważania, zatrudniłem się w pracy, która miała mi otworzyć szeroko drzwi do kariery. Wszyscy mówili: "powinszować, co za zaszczyt". Z początku czułem się jakbym chwycił Pana Boga za nogi - zmieniłem pracę na lepiej płatną, z większą ilością swobody.

Po trzech latach pracy, stałem się bardzo rozgoryczonym i zdemotywowanym pracownikiem. Nie bez przyczyny wspominam tu o Shawshank - praca w takiej firmie "to codzienna rutyna z odrobiną rutyny", w której jeszcze nie jest się panem nawet cząstki swojego losu. Mam wrażenie, że wypaliłem się zawodowo. 


Ostatnimi czasy przypomniało mi się jak wielkie miałem plany o swojej przyszłości, jak bardzo bogaty pragnąłem być. Miałem plan, by to wszystko osiągnąć legalnie i bez oszustw - swoją własną pracą. Rzeczywistość - zwłaszcza ta obecna - sprawiła, że bardzo mocno uderzyłem o ziemię. Zdałem sobie sprawę z tego jak wiele rzeczy nie zależy wyłącznie ode mnie. Sam z siebie robię wszystko co mogę by mieć lepsze warunki, lepsze życie, może trochę więcej pieniędzy...

W tak ciężkich momentach, kiedy widzę rozbieżność pomiędzy swoimi wielkimi planami, a tym w jakim punkcie tej kariery zawodowej się znajduję, widzę jak bardzo zboczyłem ze swojej jasno obranej "drogi na szczyt". Moja sytuacja przypomina mi, pełną desperacji próbę walki o życie jakiegoś szkodnika, szczura na przykład. Każdy stara się mu za wszelką cenę zaszkodzić. Kiedyś zmierzyłem się z takim szkodnikiem. Jako intruz w moim domu musiał zostać z niego wyrzucony. Tak jak napisałem na początku - "walczył o ostatni, choćby jeden oddech". Po bardzo długiej i zażartej walce spotkał go straszny los - śmierć przez uduszenie. Nie zastanawiałem się nad tym wcześniej, nie byłem specjalnie wstrząśnięty końcem jego bytu. Teraz właśnie uświadomiłem sobie, że w moim życiu realizując postawione przed sobą cele przypominam tego walczącego szczura.

To z jednej strony bolesne, bo nie uważam się za człowieka-szkodnika, pasożyta. Jestem entuzjastą i pozytywnie nastawiony do życia i wyzwań. Mimo to, przy serii wielu niepowodzeń, mam wrażenie że życie mi się wali, że wszystko co zamierzyłem nie wychodzi mi tak, jakbym tego chciał. Z drugiej strony pociesza mnie, że podobnie jak moja ofiara mimo wszystko staram się pomału pokonywać przeszkody pojawiające się po drodze.

Mam tylko nadzieję, że nie jest to jedna z ostatnich przeszkód do pokonania... bo to by znaczyło, że życie się kończy.


poniedziałek, 7 listopada 2011

Czy firma powinna mieć misję?

Witam,

Chęć założenia biznesu zawsze dla mnie wiązała się z koniecznością określenia dwóch istotnych elementów biznesplanu: Misji i celu działalności. Obecnie jestem uczestnikiem szkolenia dotyczącego założenia własnego biznesu - od stworzenia biznesplanu, przez założenie działalności gospodarczej po prowadzenie (zarządzanie) już stworzonym biznesem.

W trakcie rozważań na temat podstawowych składowych biznesplanu, wśród nas-uczestników nawiązała się rozmowa o tym, czy firma powinna mieć misję, czy sprecyzowanie misji w biznesplanie jest konieczne. Główny oponent definiowania misji twierdził, że misją jest robienie pieniędzy - ich zarabianie, nic więcej. O ile same rozważania o sensie określania misji firmy były dla mnie uzasadnione, bo prowadzą do pytań na temat sensu założenia działalności i pomagają doprecyzować zakres prowadzonego w przyszłości biznesu, tak stwierdzenie o celu wyłącznie w bogaceniu się mocno mnie wzburzyło.

Głębiej analizując problem, zacząłem się zastanawiać do czego - z praktycznego punktu widzenia - służy firmie określenie misji? Misja związana jest niejako ze służbą, poczuciem obowiązku, chęci pomocy. Misja, w mojej definicji ma swoje korzenie w chęci zmiany czegoś na lepsze (i już samo to jest misją). W życiu zawodowym ciągle ścieram się z brakiem jakiejkolwiek wizji i ciągłym rozwarstwieniem jeśli chodzi o określenie jasnego powołania i celu do którego powinniśmy dążyć. Ani to nie mamy na celu zarabiać pieniędzy, ani tym bardziej polepszać sytuacji na rynku którym działamy. Dlatego dochodzę do wniosku, że jasno określona misja pozwala nie tylko zdobyć przychylność klientów ale też lepiej motywować pracowników.

Przychylność klientów jest bardzo ważna. Na naszym kursie mówią nam, że nie ma nic trudniejszego niż wymyślony produkt czy usługę wypromować a później sprzedać. Komukolwiek. "W kliencie trzeba wzbudzić potrzebę posiadania danego przedmiotu, kupienia usługi". Trudno - przynajmniej w mojej opinii - jest to zrobić, bez przekonania klienta że dla mnie zyskiem jest przede wszystkim jego zadowolenia (bo dzięki temu może on powrócić do firmy, która o niego dba). Tylko jak to zrobić, jeśli firma nie może się określić, jak jest jej cel nadrzędny? W podobnej sytuacji nie mogę sobie wyobrazić wielkich korporacji bez określonej nadrzędnej misji. Wyobraźmy sobie doradcę klienta Telekomunikacji Polskiej S.A. próbującego sprzedać nowy plan abonamentowy...

Przykład telekomunikacji polskiej nie jest tu przypadkowy. Pracując na linii tp, zarówno w ruchu przychodzącym jak i wychodzącym miałem okazję poznać, do czego prowadzi niewłaściwie zaprezentowana misja firmy. Błędnie lub niejasno określone - już na wstępnym szkoleniu - podejście do klienta może w zasadniczy sposób - zupełnie przeciwnie niż nakazuje to sztuka public relations - nastawić pracownika negatywnie do klienta. Patrząc na swoich starszych kolegów, słuchając rozmów menadżerów może odnieść wrażenie, że w tym wszystkim - całej korporacji - klient nie jest istotny. To szkodnik, który jedynie zakłóca jej pracę. Wielokrotnie spotkałem się z tym, że pracownicy (wszystkich szczebli) byli negatywnie nastawieni do pełnej obsługi klienta. Liczył się cel sprzedaży lub poziom obsługi technicznej. To pominięcie dobra klienta i jego potrzeb (hasło telekomunikacji to Chcemy zrozumieć potrzeby klientów i dostrzec zmieniającą się ich naturę w celu budowania procesów i procedur ich zaspokajania) powoduje, że w pewnym momencie nikt nie myśli już o tym dla kto tak naprawdę jest jego pracodawcą, a jedynie z kim ma podpisaną umowę i w jaki sposób może zgarnąć jeszcze wyższą premię. w ten sposób większość pracowników wypracuje mechanizm: szybsza obsługa (np. staram się obsłużyć jak najwięcej telefonów) = większa premia. To nie prowadzi donikąd.

W Polsce mieliśmy już kilka głośnych przypadków błędnego skracania teorii - przez pominięcie misji firmy. Parę lat temu wielu pracownikom banku Millenium cofnięto decyzje o premiach. Jak się okazało wciskali oni komu tylko się dało karty kredytowe banku - bo od nich były sowite marże i nagrody. Przez to cierpiała opinia o banku wśród klientów - bank był ustawicznym "spamerem". Takie skrótowe myślenie również w Stanach doprowadziło już niejednego menadżera bankowego na skraj nerwicy. Okazało się bowiem, że wielu ich pracowników podejmowało ryzykowne decyzje kredytowe, mimo iż kredytodawcy nie mieli wystarczających zarobków. Wyznacznikiem tej zdolności były rosnące ceny zakupywanych nieruchomości... Jak dobrze wiecie, nie doprowadziło to do niczego dobrego.

Do zobaczenia niedługo...

piątek, 4 listopada 2011

Różnica pomiędzy Polską A i B

Od dawna mówi się o Polsce dwóch prędkości. O podziale na Polskę A i B zaczęło się mówić po jednym z artykułów Tomasza Lisa na temat zrównoważonego rozwoju naszego kraju. Wspomniany podział przypominany jest bardzo często w trakcie wyborów. Regiony bogatsze, położone na zachodzie (województwa dawnego zaboru pruskiego) w większości głosują na Platformę Obywatelską. Województwa wschodnie są w większości za Prawem i Sprawiedliwością.

Z gospodarczego punktu widzenia, wspomniany podział - według mnie już nieaktualny - opierał się na analizie ilości powstających firm oraz strukturze zatrudnienia, ilości rozpoczynających się inwestycji budowlanych. Polska B to także niższe pensje (lub większa ilość godzin pracy za tę samą pensję). Ogólnie wschodnia ściana zawsze ścierała się z problemem walki o większe środki finansowe z budżetu Państwa. Nigdy w Polsce nie został stworzony program inwestycyjno-rozwojowy, który wyprowadziłby tysiące mieszkańców Podlasia, Lubelszczyzny, Warmii z nędzy.

Z wykluczeniem wschodnich regionów naszego kraju walczy Unia Europejska. W ramach projektu Rozwój Polski Wschodniej realizowane są priorytetowe inwestycje w infrastrukturę, edukację, nowoczesne i innowacyjne przedsiębiorstwa. Hasłem przewodnim tego programu jest Przyśpieszenie tempa rozwoju społeczno - gospodarczego Polski Wschodniej w zgodzie z zasadą zrównoważonego rozwoju. W ramach projektów finansowana jest między innymi rozbudowa i modernizacja Politechniki Białostockiej. Z innego programu rozwoju założono w Rzeszowie "Zagłębie lotnicze" działające na terenie strefy ekonomicznej. Jednym słowem Polska wschodnia walczy, by termin Polska B oznaczał jedynie, że jadąc z zachodu na wschód mamy najpierw Mazowsze a dopiero potem - już coraz lepiej rozwinięte - Podlasie. Poziomem życia nie różniącym się w znaczącym stopniu.

To trochę przydługawe wprowadzenie ma wprowadzić do dalszych rozważań - o odwracającej się tendencji. Wiadomym dla mnie od dawna jest, że regiony lepiej rozwinięte ekonomicznie (właśnie "Polska A") mają również zdecydowanie lepiej niż na wschodzie rozwiniętą gałąź usług i konsumpcję. Po prostu - na zachodzie jesteśmy bardziej rozrzutni, bo większy u nas dobrobyt (brzmi to jakbyśmy mieszkali w latach 80-tych w Ameryce :p). Jednak zwiększona konsumpcja tylko pośrednio wywodzi się od wyższych wynagrodzeń. Trzeba pamiętać, że zachodnia Polska ma wyższe koszty życia niż wschód. Patrząc na średnie koszty utrzymania - przede wszystkim ceny żywności i wynajmu mieszkania - mieszkaniec Polski A musi więcej zapłacić za chleb czy mleko. W dodatku wynajem mieszkania jest droższy. Akcja kredytowa na terenach zachodnich jest większa - to naturalne, bo sytuacja ekonomiczna większej części społeczeństwa jest lepsza. Ale czy na pewno?

Niedawno natknąłem się na analizę opóźnień w spłatach zobowiązań mieszkańców Polski w rozbiciu na poszczególne województwa. Wynika z niego - patrz mapka - że właśnie województwa ściany zachodniej mają największe problemy ze spłatą zobowiązań. Zobrazowano na nim dokładniej liczbę klientów podwyższonego ryzyka wszystkich branż - od klientów banków-posiadaczy kredytów konsumpcyjnych, hipotecznych, po płatności zwykłych rachunków za telefon czy śmieci.

Zacząłem głębiej analizować problem i okazało się, że w części województw (zwłaszcza w zachodniopomorskim, gdzie klientów podwyższonego ryzyka jest najwięcej) znacząco w roku 2010 i na początku obecnego zwiększyła się liczba zwolnień w usługach, jednocześnie osłabieniu poddany był sektor budownictwa (zmniejszona liczba wydanych pozwoleń na budowę). Jednym słowem, nietrudno się dziwić rosnącym opóźnieniom, gdy kilka miesięcy wcześniej ktoś stracił pracę. Wniosek z tego jest taki - przynajmniej mój - że pomału zaczyna odwracać się nam sytuacja. Ściana zachodnia pomału zamienia się miejscami z Polską B. Z jednej strony można powiedzieć, że rosnące opóźnienia klientów indywidualnych to efekt zbyt dużych zobowiązań przyjętych w czasie "prosperity" (dobrobytu zatrudnienia), z drugiej odwrotu lub zmniejszenia inwestycji w zachodniej Polsce.

Mówi się obecnie wiele o zrównoważonym rozwoju - mając na uwadze przede wszystkim równomierny rozwój wszystkich gałęzi gospodarki. Jednocześnie nie dbamy o to, by we właściwy sposób rozłożyć inwestycje na terenie całego kraju - tworzymy wiele miejsc/skupisk w których firmy mogą się rozwijać, ale jednocześnie nie jesteśmy w stanie odpowiednio animować i rozwijać innych obszarów. Skaczemy z kwiatka na kwiatek, a przydałoby się by skakać na odpowiednią odległość a przede wszystkim po wszystkich możliwych "rodzajach kwiatów".

Miłego weekendu życzę,
M. 

środa, 2 listopada 2011

Jestem za edukacją ekonomiczną od najmłodszych lat...

Witam,

Pierwsze kroki z ekonomią
Mam przyjemność i możliwość, od czasu do czasu,  obserwować w jaki sposób jedna z najmłodszych osób w mej nowej rodzinie rozwija swoją wiedzę ekonomiczną.

Najczęściej rozmawiamy o ekonomii w czasie krótkich gier w Eurobizness. To moja ulubiona gra z dzieciństwa, dzięki której miło spędzałem kiedyś czas w trakcie wyjazdów na narty lub wakacji na wsi u kuzyna. W dzisiejszych czasach dostarcza mi zdwojonej radości. Przypominam sobie jakże beztroskie życie młodzieńcze - te Cudowne lata, kiedy o pieniądzach myślałem podobnie jak moja konkurentka. Pomijając wspomnienia o dzieciństwie, ważniejsze dla mnie jest, że dzięki temu mogę obserwować jak Kamila rozwija się ekonomicznie i uświadamia co to znaczy ekonomia w życiu codziennym. Ekonomia w skali mikro.

Uwielbiam, kiedy w trakcie gry pojawia się pytanie: "co to znaczy zastaw hipoteczny?" albo "co to jest podatek?". Wyjaśnienie tego, to dla mnie wielka przyjemność. Lubię też dopowiadać do uwag jakie robi Kamila. Na przykład - przy przejściu przez start otrzymuje każdy gracz 400$ premii - i Kamila mówi, że przydałoby się więcej startów. Ja wtedy odpowiedziałem, że "premia za start" w tej grze jest jak pensja w prawdziwym życiu - jest tylko raz na jakiś czas. Gdy widzę zrozumienie takiego porównania na jej twarzy to napawam się prawdziwą dumą.

Ze zdumieniem odkrywam, że wielu moim rozczarowaniom w dorosłym życiu winny jest brak edukacji ekonomicznej we wczesnych latach młodzieńczych. Widzę, że popełniałem takie same błędy w rozumowaniu jak Kamila. Też wiele rzeczy chciałem i wręcz wymuszałem na rodzicach (lub babci) ich otrzymanie. Nie obchodziło mnie jakim obciążeniem dla rodziców jest zakup takiego czy innego prezentu. Być może z tego również brał się  mój brak szacunku do ich pieniędzy - po prostu wszystko traktowałem jako mi coś należnego.

Myślę, że gdyby ktoś od małego wpajał mi, że nic nie można kupić sobie bez uszczypnięcia z pieniędzy na inny cel, byłbym bardziej przekonany do słów rodziców, że ich nie stać. Stąd już od dawna uważam - i jestem tego głośnym orędownikiem, że powinniśmy od najmłodszych lat uczyć dzieci podstaw ekonomii. Pokazywać im, żeby umieli rozróżniać "przejście przez start" od zarobku na inwestycjach. Żeby umieli szukać sobie dobrych okazji do zarabiania w sposób bardziej pasywny, bardziej opłacalny - np. tak jak uczy tego eurobiznes poprzez inwestycje w ziemię, infrastrukturę czy nowe technologie.

Obyśmy jak najszybciej usłyszeli o takich zmianach. Pozdrawiam :)

poniedziałek, 31 października 2011

Moje oczekiwania wobec branży Soclen

Witam,

Dawno nie pisałem na temat branży, do której od pewnego czasu staram się powrócić. W ostatnim czasie, jak już wcześniej wspomniałem (patrz: wpis), staram się powrócić do pożyczek społecznościowych. Powrót oczywiście jest mozolny i jestem przekonany, że dosyć długo zajmie mi zainwestowanie kolejnych środków finansowych. Mimo wszystko, razem z moją reaktywacją, powracają znane mi wcześniej problemy związane nie tylko z działaniem samych serwisów pożyczkowych, ale przede wszystkim z kontaktami z ludźmi.


Branża, w której chcę się rozwijać jest znana z oszustw - już od początku istnienia rynku pożyczek (znanych nawet w czasach Chrystusa). Oszustwa zdarzały się z obydwu stron - zarówno pożyczkodawców jak i pożyczkobiorców. Model pożyczkobiorcy oszusta jest dobrze znany - weźmy choćby ludzi, którzy pożyczają pieniądze na firmy z o.o.. Pożyczkodawcy też nie zawsze stanowili nieskalaną oszustwami stronę - patrząc choćby na lombardy czy wyłudzenia spłat i całych kredytów. Na tym tle same banki nie pozostają daleko w tyle. Do mojego katalogu "wyłudzeń/oszustw" bankowych wobec kredytobiorców zaliczam przede wszystkim nieksięgowanie rat w terminie, monity po przekroczeniu płatności o dwa-trzy dni czy choćby spóźnienie z wyliczeniem nowej kwoty raty w przypadku, gdy stopy procentowe zostały obniżone przez RPP.

Rynek pożyczek społecznościowych - reprezentowany przez szerokie grono serwisów typu social lending z założenia miał być odmianą od tego stanu rzeczy - otóż ludzie mają tu pożyczać innym bez zbytnich dodatkowych kosztów. Idea jak najbardziej słuszna, mogąca w znaczącym stopniu ograniczyć pazerność banków - tak było (przynajmniej tak czytałem) choćby w Zjednoczonym Królestwie.

Nasza rzeczywistość zweryfikowała dosyć szybko idee social lendingu światowego i wręcz zdefiniowała nowe, odpowiadające polskim warunkom rynkowym. U nas pojawiły się propozycje premii dla inwestorów która wynosi oprocentowanie pożyczki do 300% RSSO. Nasi inwestorzy bardzo często również wymuszają podniesienie procentu pożyczki lub "deklarację wcześniejszej spłaty". Dla mnie stanowi to rozminięcie się zupełnie z ideologią social lending. Sami, jako uczestnicy rynku tworzymy sobie opinię, że nie warto na nim wystawiać pożyczek lub inwestować. Uniemożliwiamy przez to rozwój rynku w naturalny sposób - przez polecenia pomiędzy znajomymi.

Inną sprawą jest również to, że do niedawna nie mieliśmy możliwości systemowego, zapewnionego przez międzyserwisowe porozumienie, sprawdzenia prawdomówności PB. Obecnie mamy weryfikację ERIF, która sprawdza identyczność podawanych danych osobowych (w tym nr PESEL) przez jednego użytkownika. Utrudnia to proceder wytwarzania "fikcyjnych" osobowości, na które łatwo jest wyłudzić kredyt.

Wiele osób mówi mi ciągle, że jestem niepoprawnym idealistą. Wierzę w ludzi - to fakt. Wierzę przede wszystkim w to, że wszyscy z natury jesteśmy dobrzy. To środowisko w jakim się każdy z nas obraca, decyduje czy to dobro rozwinie się w pełni (wtedy zostaje się papieżem :p), czy ulegnie degradacji i zagłuszeniu (wtedy zostaje się prawnikiem albo menadżerem w korporacji :)). Mimo tego, że niemal regularnie przekonuję się, że Świat nie jest idealny i jest na nim wiele osób skłonnych wykorzystać moją "naiwność" pozostaję wierny zasadzie, o ludziach dobrych z natury (przeczytaj więcej o marzeniu o powrocie do cudownych lat).


Mam nadzieję, że już niedługo razem z rozwojem informatycznym i rozwinięciem usług portali pożyczkowych, doświadczymy też przemiany w charakterach - z jednej strony spadku oszustw pożyczkobiorców, z drugiej obniżenie oczekiwań wysokości wynagrodzenia za inwestycję w pożyczki. Być może po prostu chcę dalej wierzyć w ludzi.

poniedziałek, 24 października 2011

Czy możemy wrócić do Cudownych lat?


Wiele osób mówi mi ciągle, że jestem niepoprawnym idealistą. Wierzę w ludzi - to fakt. Wierzę przede wszystkim w to, że wszyscy z natury jesteśmy dobrzy. To środowisko w jakim się każdy z nas obraca, decyduje czy to dobro rozwinie się w pełni (wtedy zostaje się papieżem :p), czy ulegnie degradacji i zagłuszeniu (wtedy zostaje się prawnikiem albo menadżerem w korporacji :D). Mimo tego, że regularnie przekonuję się jak bardzo Świat nie jest idealny i jest wiele osób skłonnych wykorzystać moją "naiwność" pozostaję wierny myśli, o ludziach dobrych z natury. Patrząc na to co dzieje się dziś wokół mnie, zastanawiam się, czy nie lepiej jest wrócić do tego czasu dzieciństwa? Do naszych cudownych lat?


Nie wierzę, żeby ludzie którzy odpowiadają za sytuację w jakiej znalazła się światowa gospodarka, byli z natury, od dzieciństwa podli. Nie jestem w stanie uwierzyć, że człowiek dziś naginający zasady etyki zawodowej i ogólnie przyjętych w społeczeństwie zasad współżycia, już w dzieciństwie kradł innym kanapki i kieszonkowe, oszukiwał wszystkich dookoła i nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia.

Uważam, że to jacy jesteśmy przez życie zależy w dużej mierze od tego jakim świat widzimy przez młodość. Każdy z nas wyrabia sobie w tym okresie swój światopogląd. Możemy go ukształtować dowolnie, tak naprawdę bez konsekwencji dotąd, dokąd nie stajemy się samodzielni. Dopiero wtedy okazuje się, że nasz światopogląd umieszcza nas w góry zaplanowanym (nomen-omen w zaprojektowanym przez siebie, choć nie zawsze chcianym) środowisku.

Wszystko zaczyna się od wczesnego dzieciństwa. Jako paroletnie dziecko regularnie z pełnym zaufaniem patrzysz na swoich - idealnych według Ciebie - rodziców. Patrzysz i chłoniesz to, co robią, bez względu na to czy robią dobrze czy źle. Dla Ciebie są ideałem. Jeśli rodzice robią źle innym, np. mówią o nauczycielach w szkole źle przy dziecku lub rozmawiają o niepłaceniu podatków, dziecko z góry przyjmuje to jako normę i coś co "jest normą, bo u mnie w domu tak się robi". W ten sposób, stosunek do ludzi obcych - ale mimo wszystko stanowiących część naszego społeczeństwa, jak i autorytetów i władzy jest już w dzieciństwie niszczony. Dziecko konotuje, że dla niego ważne przede wszystkim jest jego najbliższe środowisko, a cała reszta ram społecznych nie jest istotna.

Później pojawia się szkoła i relacje między kolegami i koleżankami. Chyba po raz pierwszy w piaskownicy pojawia się rywalizacja o miano tego, kto ma najlepsze zabawki, najmodniejszy plecak itd. Gdzieś w tym wszystkim (w szkole i w domu) zatraca się sens dzieciństwa - to już nie jest zabawa i radość z tego co się ma tylko bezustanne zdobywanie coraz to nowych rzeczy, byle tylko być lepszym (bardziej trendy?) niż inni.

Taki wyścig o bycie lepszym i posiadanie więcej zaczyna z kolejnymi etapami życia przyśpieszać. W pewnym momencie stajemy się bardziej zainteresowani poznaniem tego co ktoś posiada, niż samym jego osobowością. Na samym końcu trafiamy do pracy... I tu okazuje się, że na zmianę jest już za późno. Nagle okazuje się, że menadżer wyższego stopnia odpowiedzialny za ryzyko świadomie naginał zasady. Wiedział, że udzielenie tak dużej liczby kredytów osobom, które zdolności kredytowej nie miały jest bardzo dużym ryzykiem. Jedyne na czym mu zależało to jego własny interes... Bo przecież dobrze ma być tylko w jego "stadzie", cała reszta jest nic nie warta.


Moi rodzice już od małego mówili mi, żeby nie walczyć za wszelką cenę o uznanie w klasie, wśród kolegów, bo to zazwyczaj przychodzi samo z czasem. Jednak niektórzy nie mają okazji usłyszeć tego, by zwolnić, przystopować. Przez całe swoje nie-dojrzałe życie miałem kogoś, kto stanowił dla mnie wzór i był autorytetem moralnym. Mogłem na jego czynach budować swoje "moralne ja". To nie tylko moja rodzina, ta najbliższa, ale też przyjaciele, wielu członków dalszej rodziny.
Jeśli nikt w młodości nie jest dla nas właściwym drogowskazem, w dorosłości gubimy sens dzieciństwa i zatracamy właściwe definicje pojęć, rozumiejąc je tylko przez pryzmat swojego własnego interesu. Wychowujemy się wtedy jako jeden z miliona obywateli generacji Y, którzy patrzą tylko na swój własny rozwój, nie zważając na to czy idą po trupach do celu...




wtorek, 4 października 2011

Jestem ambasadorem marki...

Mówcie co chcecie. Możecie uznać, że się wywyższam lub mam wygórowane mniemanie o sobie. Być może tak jest. Sam nie mogę uwierzyć w to, czego dokonałem.

Byłem dziś w Urzędzie Miasta opłacić podatek od nieruchomości. W trakcie dokonywania płatności, pani za ladą zapytała mnie, "czy ten aliorbank to dobry bank?". Szczerze odpowiedziałem, że tak. Mimo, że mają opłatę za kartę to jestem z niego zadowolony, bo pomagają mi w awariach domowych. Od tak prostego stwierdzenia rozpoczęła się nasza około 5 minutowa wymiana zdań. Zaczęło się jak zwykle od wypowiedzi: "bo ten mój obecny bank jest fatalny, stanowczo za dużo w nim płacę za nic".
Reszta konwersacji potoczyła się sama... Pani zapytała, jak mi pomogli w domu. Odpowiedziałem - zgodnie z prawdą - że AliorBank zwraca koszty przyjazdu fachowców (wszelkiego rodzaju) i wykonania koniecznej naprawy w domu. Kiedy w Wielką Sobotę mieliśmy po kostki szamba w piwnicach, nie chciał przyjechać nikt. Tylko eksperci od Aliora (dokładniej od Signal Iduna) mieli ochotę w tym dniu nam pomóc. Gdy okazało się, że nie mają możliwości, by usterkę naprawić, wezwali dla nas pomoc z Wodociągów i ich nadzorowali. Wystarczyło po wszystkim wysłać do ubezpieczyciela fakturę i za dwa dni miałem całą kwotę zwróconą (w całości, ponieważ faktura zawierała tylko koszty dojazdu i robocizny) na konto w banku.
Na koniec rozmowy, jak już wyszło z terminala potwierdzenie obciążenia konta, Pani podsumowała, że w takim razie musi się przenieść ze swoim rachunkiem właśnie do Aliora.

Czego dzisiejsze wydarzenie mnie nauczyło? Przede wszystkim przekonało, że nawet taki szaraczek jak ja, który zarabia stanowczo za mało, żeby ktokolwiek, z jakiekolwiek korporacji spojrzał na niego bezinteresownie, ma siłę. Mam siłę przekonywania większą niż 10 000 doskonale przeszkolonych sprzedawców, handlowców i łowców przyszłych emerytów niezapisanych do żadnego OFE. Mimo wszystko staję się ambasadorem marki, której używam. Jestem bardziej wiarygodny, bo sam używam tego produktu i jestem z niego zadowolony.

Jeśli kilka dni temu, zgrzytałem zębami, bo zabrakło mi na bilet, to dziś uświadomiłem sobie, jaką władzę mam jako konsument... i jest to władza, której żadna korporacja nie da rady mi odebrać. :D

Miłego tygodnia życzy
M.

czwartek, 29 września 2011

Kompulsywne kupowanie szybko się mści...

:),

Ostatnio przekonałem się, jakie konsekwencje za sobą pociąga kompulsywne kupowanie. Miałem krótkotrwały przypływ gotówki - wiadomo wypłata z pracy w administracji państwowej - naszła mnie niebywała ochota na kupienie sobie lodów w drodze na pocztę. I tak, przez swoją nieostrożność i brak zastanowienia - kupiłem sobie, wyśmienite moje ulubione lody w McDonaldzie (McFlurry górą!)

Nie mam w zwyczaju jeść w fast-foodach, staram się je omijać. W większości przypadków, kiedy zbaczam ze swojej trasy by udać się do McDO, Burger Kinga albo KFC to wtedy, gdy właśnie "nachodzi mnie ochota". Albo na coś słodkiego albo przysłowiowe "małe-co-nieco". Swojego zwyczaju nie postrzegałem jako coś wyjątkowo złego do ostatniej sytuacji.

Na następny dzień, ponieważ miałem dużo spraw do załatwienia, był dosyć duży zawrót głowy. Przede wszystkim byłem uzależniony od komunikacji miejskiej dlatego, żeby wszędzie zdążyć na czas musiałem mocno ograniczyć czas pomiędzy kolejnymi podróżami. Przez to wszystko mój grafik był bardzo napięty, nie dość że nie mogłem nic załatwić na spokojnie, to jeszcze ciągle kończył mi się czas na biletach.

W ten dzień, przyszedł czas na nauczkę - kompulsywne kupowanie się mści.Byłem już dawno po godzinie odjazdu tramwaju, dzięki któremu zdążyłbym na następne spotkanie. Będąc przed automatem biletowym zacząłem gwałtownie szukać pieniędzy - jakichkolwiek drobnych - przecież jeszcze wczoraj odłożyłem sobie 4 złote na bilet... i wtedy przypomniałem sobie smak tych cudownych lodów, które właśnie w tym momencie z przyjemnej śmietanki zmieniły się w gorzką i kwaśną mieszankę.
Tak właśnie, przyszła mi do głowy tylko jedna myśl: Znów jesteś sobie winny...
Nie uwierzycie, ale od tamtej pory moja ochota na lody i cokolwiek słodkiego mocno zmalała.

Pozdrawiam



poniedziałek, 12 września 2011

Składanie i rozkładanie straganu

Wspominając czasy liceum, przyszło mi do głowy wspomnienie mojego drogiego kolegi - Maćka. Maciek był (jestem pewien, że nadal jest) osobą bardzo trzeźwo myślącą. Chciał zarabiać na siebie pieniądze i bardzo zależało mu na samodzielności finansowej i tym, by swoich wyjątkowo spracowanych Rodzicòw - Maciek pochodził z rodziny wielodzietnej - odciążyć od swoich problemów.

Pomijając szczegóły tego gdzie pracował i jakie miał w tej pracy obowiązki, zajmował sie ogólnie rzecz ujmując handlem dorywczym, zwłaszcza w niedziele.

Maćka i jego pracę wspominam nieprzypadkowo. W ostatnim czasie moje życie osobiste mocno podporzadkowało sobie wszystkie aspekty moich finansów. Nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie - jestem dumny z tego, że oszczednosci jakie zgromadziłem przez ostatnie kilka lat mogły w tak znaczący sposób pomóc nam zrealizować wspólne plany. Chodzi po prostu o to, że Maciek musiał co weekend, zaczynając od wczesnego sobotniego ranka, rokładać swój stolik z towarem, przenosić wszystko z magazynu, by wieczorem znów to wszystko musieć złożyć i schować do kanciapy. Niedziela niczym nie różniła się od soboty, może poza tym, że byla trochę bardziej pracująca. Weekend w weekend. Czysta monotonia pracy, żeby nie powiedzieć rutyna.

Tak jak Maciek musiał sie powtarzać co rano i dzielnie wypełniać harmonogram dnia pracy, tak ja zaobserwowałem coś bardzo ważnego i podobnego  w oparciu o swoje finansowe hobby. Jest to proces ciągły i niezmienny, myślę że nie da się go odmienić. 

Moje inwestycje w kokosie jak i innych portalach finansowych zaczely sie pomalu rozwijać. Jeszcze niedawno mogłem powiedzieć, ze z kilku kropli stworzyłem sobie całkiem dobry  (ale bardzo mały) strumyczek pieniędzy. Kiedy sytuacja zaczęła tego wymagać, zacząłem intensywniej niż dotychczas korzystać z dostępnych środków. Obecnie, kiedy cele osobiste na ten rok udało mi się zrealizować, patrzę na swój stan konta z lekkim niedowierzaniem i przerażeniem. Moje stoisko sam całkowicie złożyłem, mało z tego, jeszcze nawet stolik schowałem na samym końcu magazynu.

Nie winię za to ani siebie, ani nikogo innego - tego wymagała sytuacja, cel jaki razem sobie obraliśmy. To po prostu podsumowanie stanu rzeczy, nie osąd.

I tak, kiedy na to wszystko popatrzyłem z boku, przypomniał mi się Maciek z Liceum. Znów czeka mnie żmudne rozkładanie stoiska...

Pozdrawiam,
Wasz M.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Dobry zwyczaj, NIE POŻYCZAJ

Mimo przyjętej już trochę czasu temu praktyki w osobistych finansach , by nie pożyczać ponad stan, a przede wszystkim konsumpcji nie finansować z kredytów okazuje się, że nie tylko drobni ciułacze tacy jak ja mają z tym problem.

Przez ostatnich parę miesięcy - lub jak kto woli od pojawienia się problemów z Grecją - ciągle słychać krzyki, że jakieś Państwo ma niestabilną sytuację fiskalną. O ile w przypadku zwykłego Kowalskiego, Morrisa czy Smith'a problem rozwiązują prawnicy przy asyście policji, tak w przypadku takich Stanów Zjednoczonych lub Włoch, Portugalii, Irlandii i Grecji już nie jest to "proste".

Bardzo pobieżnie analizując problem, odnoszę wrażenie że o tych problemach zaczęliśmy mówić dopiero od momentu, gdy okazało się, że ciężka sytuacja banków inwestycyjnych (czytaj: dopuszczenie do ich bankructwa) może spowodować znaczące reperkusje na giełdach i upadek niektórych gospodarek. Mimo władowania po obu stronach Atlantyku biliardów dolarów w ratowanie sektora bankowego, teraz słyszmy, że bankructwo na nowo zaczyna być zagrożeniem. Tylko tym razem dla całych Narodów.

Pomijając niedawne obniżenie ratingu Stanów Zjednoczonych, już oficjalnie wszyscy mówią nie o planie Ratowania Grecji przed Bankructwem a bardziej kontrolowanego bankructwa. Słysząc kolejne wieści z frontu podejrzewam, że niedługo znów o nim usłyszymy.
Nie wiem co jest gorsze: ładować publiczne pieniądze w sektory korporacyjne, jednocześnie zadłużając się u coraz bardziej rosnących w siłę Chińczyków; czy pozwolić kilku grubasom mocno przywiązanym do swoich stołków i równie silnie skorumpowanych przez pieniądze (dwojakiego pochodzenia: chińskiego lub arabskiego) paść się bez żadnych konsekwencji co do podjętych decyzji.

Problemy Grecji wzięły się z demagogii polityków i niedostosowanego do tempa rozwoju kraju podnoszenia wydatków na cele socjalne. Sytuacja dzisiejsza to efekt nie dwóch-pięciu lat a kilku dekad zaniechań w oszczędzaniu i wielkich "społecznych" programów pomocowych. Kryzys bankowy wziął się (taka jest przynajmniej oficjalna wersja) z rosnących problemów finansowych drobnych ciułaczy. Wbrew pozorom te dwie strefy są ze sobą powiązane: po pierwsze dlatego, że sytuacja w kieszeni podatnika po wrzuceniu do jednego wora zbiera się na sporą część wpływów budżetowych - pośrednich i bezpośrednich. Nie można jednak powiedzieć, że to problem kilku Kowalskich, Smithów czy Jamesonów przyczynił się do tego, że mamy taką sytuację... Ktoś musiał im te kredyty podpisać, wyrazić zgodę na udzielenie pożyczki mimo niewystarczających dochodów.

Wcześniej, przed kryzysem bankowym, wszyscy taplaliśmy się w bogactwie i niekończącym się źródle środków finansowych. To oczywiście ułuda, którą masowo karmiły nas korporacje i finansowane przez te korporacje partie polityczne. Źródło pomału zaczęło wysychać - ciężka sytuacja na rynku i brak środków na finansowanie kolejnych zachcianek. Zabrakło już sposobów zrobienia z 1 dolara - 5. Prawdopodobnie na spotkaniu przy golfie albo na jakimś raucie, nawiązała się luźna rozmowa,o "dokapitalizowaniu" przez Państwo, mały kilkubiliardowy kredycik. I tak, od słowa do słowa, od jednego szczebla do drugiego, z wypowiedzianych słów stworzono i z powodzeniem wdrożono plan pozyskania środków, z których prawdopodobnie tylko część będzie trzeba oddać. Tylko część, ponieważ i tak dany bank ma miliardy obligacji dla podniesienia bezpieczeństwa swoich inwestycji...

Zaczęła działać olbrzymia maszyna korporacyjna. Cała. Wszystkie działy prężnie walczyły o przetrwanie, poruszono wszystkie możliwe sznurki, wydano olbrzymie kwoty na marketing i finansowanie przelotów polityków korporacyjnymi samolotami. W ten sposób Kongres Stanów Zjednoczonych sam podpisał swój wyrok - niebotyczne zwiększenie długu narodowego.

Pozdrawiam,

- a mój punkt widzenia pomału przesuwa się w kierunku Naiwnej demagogii.