czwartek, 29 września 2011

Kompulsywne kupowanie szybko się mści...

:),

Ostatnio przekonałem się, jakie konsekwencje za sobą pociąga kompulsywne kupowanie. Miałem krótkotrwały przypływ gotówki - wiadomo wypłata z pracy w administracji państwowej - naszła mnie niebywała ochota na kupienie sobie lodów w drodze na pocztę. I tak, przez swoją nieostrożność i brak zastanowienia - kupiłem sobie, wyśmienite moje ulubione lody w McDonaldzie (McFlurry górą!)

Nie mam w zwyczaju jeść w fast-foodach, staram się je omijać. W większości przypadków, kiedy zbaczam ze swojej trasy by udać się do McDO, Burger Kinga albo KFC to wtedy, gdy właśnie "nachodzi mnie ochota". Albo na coś słodkiego albo przysłowiowe "małe-co-nieco". Swojego zwyczaju nie postrzegałem jako coś wyjątkowo złego do ostatniej sytuacji.

Na następny dzień, ponieważ miałem dużo spraw do załatwienia, był dosyć duży zawrót głowy. Przede wszystkim byłem uzależniony od komunikacji miejskiej dlatego, żeby wszędzie zdążyć na czas musiałem mocno ograniczyć czas pomiędzy kolejnymi podróżami. Przez to wszystko mój grafik był bardzo napięty, nie dość że nie mogłem nic załatwić na spokojnie, to jeszcze ciągle kończył mi się czas na biletach.

W ten dzień, przyszedł czas na nauczkę - kompulsywne kupowanie się mści.Byłem już dawno po godzinie odjazdu tramwaju, dzięki któremu zdążyłbym na następne spotkanie. Będąc przed automatem biletowym zacząłem gwałtownie szukać pieniędzy - jakichkolwiek drobnych - przecież jeszcze wczoraj odłożyłem sobie 4 złote na bilet... i wtedy przypomniałem sobie smak tych cudownych lodów, które właśnie w tym momencie z przyjemnej śmietanki zmieniły się w gorzką i kwaśną mieszankę.
Tak właśnie, przyszła mi do głowy tylko jedna myśl: Znów jesteś sobie winny...
Nie uwierzycie, ale od tamtej pory moja ochota na lody i cokolwiek słodkiego mocno zmalała.

Pozdrawiam



poniedziałek, 12 września 2011

Składanie i rozkładanie straganu

Wspominając czasy liceum, przyszło mi do głowy wspomnienie mojego drogiego kolegi - Maćka. Maciek był (jestem pewien, że nadal jest) osobą bardzo trzeźwo myślącą. Chciał zarabiać na siebie pieniądze i bardzo zależało mu na samodzielności finansowej i tym, by swoich wyjątkowo spracowanych Rodzicòw - Maciek pochodził z rodziny wielodzietnej - odciążyć od swoich problemów.

Pomijając szczegóły tego gdzie pracował i jakie miał w tej pracy obowiązki, zajmował sie ogólnie rzecz ujmując handlem dorywczym, zwłaszcza w niedziele.

Maćka i jego pracę wspominam nieprzypadkowo. W ostatnim czasie moje życie osobiste mocno podporzadkowało sobie wszystkie aspekty moich finansów. Nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie - jestem dumny z tego, że oszczednosci jakie zgromadziłem przez ostatnie kilka lat mogły w tak znaczący sposób pomóc nam zrealizować wspólne plany. Chodzi po prostu o to, że Maciek musiał co weekend, zaczynając od wczesnego sobotniego ranka, rokładać swój stolik z towarem, przenosić wszystko z magazynu, by wieczorem znów to wszystko musieć złożyć i schować do kanciapy. Niedziela niczym nie różniła się od soboty, może poza tym, że byla trochę bardziej pracująca. Weekend w weekend. Czysta monotonia pracy, żeby nie powiedzieć rutyna.

Tak jak Maciek musiał sie powtarzać co rano i dzielnie wypełniać harmonogram dnia pracy, tak ja zaobserwowałem coś bardzo ważnego i podobnego  w oparciu o swoje finansowe hobby. Jest to proces ciągły i niezmienny, myślę że nie da się go odmienić. 

Moje inwestycje w kokosie jak i innych portalach finansowych zaczely sie pomalu rozwijać. Jeszcze niedawno mogłem powiedzieć, ze z kilku kropli stworzyłem sobie całkiem dobry  (ale bardzo mały) strumyczek pieniędzy. Kiedy sytuacja zaczęła tego wymagać, zacząłem intensywniej niż dotychczas korzystać z dostępnych środków. Obecnie, kiedy cele osobiste na ten rok udało mi się zrealizować, patrzę na swój stan konta z lekkim niedowierzaniem i przerażeniem. Moje stoisko sam całkowicie złożyłem, mało z tego, jeszcze nawet stolik schowałem na samym końcu magazynu.

Nie winię za to ani siebie, ani nikogo innego - tego wymagała sytuacja, cel jaki razem sobie obraliśmy. To po prostu podsumowanie stanu rzeczy, nie osąd.

I tak, kiedy na to wszystko popatrzyłem z boku, przypomniał mi się Maciek z Liceum. Znów czeka mnie żmudne rozkładanie stoiska...

Pozdrawiam,
Wasz M.