Wiele osób mówi mi ciągle, że jestem niepoprawnym idealistą. Wierzę w ludzi - to fakt. Wierzę przede wszystkim w to, że wszyscy z natury jesteśmy dobrzy. To środowisko w jakim się każdy z nas obraca, decyduje czy to dobro rozwinie się w pełni (wtedy zostaje się papieżem :p), czy ulegnie degradacji i zagłuszeniu (wtedy zostaje się prawnikiem albo menadżerem w korporacji :D). Mimo tego, że regularnie przekonuję się jak bardzo Świat nie jest idealny i jest wiele osób skłonnych wykorzystać moją "naiwność" pozostaję wierny myśli, o ludziach dobrych z natury. Patrząc na to co dzieje się dziś wokół mnie, zastanawiam się, czy nie lepiej jest wrócić do tego czasu dzieciństwa? Do naszych cudownych lat?
Nie wierzę, żeby ludzie którzy odpowiadają za sytuację w jakiej znalazła się światowa gospodarka, byli z natury, od dzieciństwa podli. Nie jestem w stanie uwierzyć, że człowiek dziś naginający zasady etyki zawodowej i ogólnie przyjętych w społeczeństwie zasad współżycia, już w dzieciństwie kradł innym kanapki i kieszonkowe, oszukiwał wszystkich dookoła i nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia.
Uważam, że to jacy jesteśmy przez życie zależy w dużej mierze od tego jakim świat widzimy przez młodość. Każdy z nas wyrabia sobie w tym okresie swój światopogląd. Możemy go ukształtować dowolnie, tak naprawdę bez konsekwencji dotąd, dokąd nie stajemy się samodzielni. Dopiero wtedy okazuje się, że nasz światopogląd umieszcza nas w góry zaplanowanym (nomen-omen w zaprojektowanym przez siebie, choć nie zawsze chcianym) środowisku.
Wszystko zaczyna się od wczesnego dzieciństwa. Jako paroletnie dziecko regularnie z pełnym zaufaniem patrzysz na swoich - idealnych według Ciebie - rodziców. Patrzysz i chłoniesz to, co robią, bez względu na to czy robią dobrze czy źle. Dla Ciebie są ideałem. Jeśli rodzice robią źle innym, np. mówią o nauczycielach w szkole źle przy dziecku lub rozmawiają o niepłaceniu podatków, dziecko z góry przyjmuje to jako normę i coś co "jest normą, bo u mnie w domu tak się robi". W ten sposób, stosunek do ludzi obcych - ale mimo wszystko stanowiących część naszego społeczeństwa, jak i autorytetów i władzy jest już w dzieciństwie niszczony. Dziecko konotuje, że dla niego ważne przede wszystkim jest jego najbliższe środowisko, a cała reszta ram społecznych nie jest istotna.
Później pojawia się szkoła i relacje między kolegami i koleżankami. Chyba po raz pierwszy w piaskownicy pojawia się rywalizacja o miano tego, kto ma najlepsze zabawki, najmodniejszy plecak itd. Gdzieś w tym wszystkim (w szkole i w domu) zatraca się sens dzieciństwa - to już nie jest zabawa i radość z tego co się ma tylko bezustanne zdobywanie coraz to nowych rzeczy, byle tylko być lepszym (bardziej trendy?) niż inni.
Taki wyścig o bycie lepszym i posiadanie więcej zaczyna z kolejnymi etapami życia przyśpieszać. W pewnym momencie stajemy się bardziej zainteresowani poznaniem tego co ktoś posiada, niż samym jego osobowością. Na samym końcu trafiamy do pracy... I tu okazuje się, że na zmianę jest już za późno. Nagle okazuje się, że menadżer wyższego stopnia odpowiedzialny za ryzyko świadomie naginał zasady. Wiedział, że udzielenie tak dużej liczby kredytów osobom, które zdolności kredytowej nie miały jest bardzo dużym ryzykiem. Jedyne na czym mu zależało to jego własny interes... Bo przecież dobrze ma być tylko w jego "stadzie", cała reszta jest nic nie warta.
Moi rodzice już od małego mówili mi, żeby nie walczyć za wszelką cenę o uznanie w klasie, wśród kolegów, bo to zazwyczaj przychodzi samo z czasem. Jednak niektórzy nie mają okazji usłyszeć tego, by zwolnić, przystopować. Przez całe swoje nie-dojrzałe życie miałem kogoś, kto stanowił dla mnie wzór i był autorytetem moralnym. Mogłem na jego czynach budować swoje "moralne ja". To nie tylko moja rodzina, ta najbliższa, ale też przyjaciele, wielu członków dalszej rodziny.
Jeśli nikt w młodości nie jest dla nas właściwym drogowskazem, w dorosłości gubimy sens dzieciństwa i zatracamy właściwe definicje pojęć, rozumiejąc je tylko przez pryzmat swojego własnego interesu. Wychowujemy się wtedy jako jeden z miliona obywateli generacji Y, którzy patrzą tylko na swój własny rozwój, nie zważając na to czy idą po trupach do celu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz