sobota, 19 listopada 2011

Moje Shawshank...

"Czas spędzony w tak niesprzyjających warunkach wyraźnie wskazywał, że powinien odejść. Jego oczy były zamglone, nim pożegnał się z tym światem walczył jeszcze chwilę o choćby jeden, ostatni oddech. Miotał się, by wypełnić swoje najważniejsze zadanie w życiu: przetrwać"

Mam w sobie coraz mniej siły i motywacji do zmiany czegokolwiek. Gdyby nie to, że od czasu do czasu udaje mi się oderwać od tej rzeczywistości i przypomnieć sobie, że jest jeszcze świat poza murami mojego Shawshank, już dawno bym umarł. Trzy lata temu dostałem ofertę pracy w administracji państwowej. W ogólnej atmosferze niebywałego splendoru i poważania, zatrudniłem się w pracy, która miała mi otworzyć szeroko drzwi do kariery. Wszyscy mówili: "powinszować, co za zaszczyt". Z początku czułem się jakbym chwycił Pana Boga za nogi - zmieniłem pracę na lepiej płatną, z większą ilością swobody.

Po trzech latach pracy, stałem się bardzo rozgoryczonym i zdemotywowanym pracownikiem. Nie bez przyczyny wspominam tu o Shawshank - praca w takiej firmie "to codzienna rutyna z odrobiną rutyny", w której jeszcze nie jest się panem nawet cząstki swojego losu. Mam wrażenie, że wypaliłem się zawodowo. 


Ostatnimi czasy przypomniało mi się jak wielkie miałem plany o swojej przyszłości, jak bardzo bogaty pragnąłem być. Miałem plan, by to wszystko osiągnąć legalnie i bez oszustw - swoją własną pracą. Rzeczywistość - zwłaszcza ta obecna - sprawiła, że bardzo mocno uderzyłem o ziemię. Zdałem sobie sprawę z tego jak wiele rzeczy nie zależy wyłącznie ode mnie. Sam z siebie robię wszystko co mogę by mieć lepsze warunki, lepsze życie, może trochę więcej pieniędzy...

W tak ciężkich momentach, kiedy widzę rozbieżność pomiędzy swoimi wielkimi planami, a tym w jakim punkcie tej kariery zawodowej się znajduję, widzę jak bardzo zboczyłem ze swojej jasno obranej "drogi na szczyt". Moja sytuacja przypomina mi, pełną desperacji próbę walki o życie jakiegoś szkodnika, szczura na przykład. Każdy stara się mu za wszelką cenę zaszkodzić. Kiedyś zmierzyłem się z takim szkodnikiem. Jako intruz w moim domu musiał zostać z niego wyrzucony. Tak jak napisałem na początku - "walczył o ostatni, choćby jeden oddech". Po bardzo długiej i zażartej walce spotkał go straszny los - śmierć przez uduszenie. Nie zastanawiałem się nad tym wcześniej, nie byłem specjalnie wstrząśnięty końcem jego bytu. Teraz właśnie uświadomiłem sobie, że w moim życiu realizując postawione przed sobą cele przypominam tego walczącego szczura.

To z jednej strony bolesne, bo nie uważam się za człowieka-szkodnika, pasożyta. Jestem entuzjastą i pozytywnie nastawiony do życia i wyzwań. Mimo to, przy serii wielu niepowodzeń, mam wrażenie że życie mi się wali, że wszystko co zamierzyłem nie wychodzi mi tak, jakbym tego chciał. Z drugiej strony pociesza mnie, że podobnie jak moja ofiara mimo wszystko staram się pomału pokonywać przeszkody pojawiające się po drodze.

Mam tylko nadzieję, że nie jest to jedna z ostatnich przeszkód do pokonania... bo to by znaczyło, że życie się kończy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz